Zwierzaki pocieszaki w Warszawie czyli gdzie byłam jak mnie nie było…

W sumie to powinnam się przyzwyczaić do takiego rozwoju wydarzeń, w którym efekt końcowy nie ma nic wspólnego z zaplanowaną wcześniej sielanką… Nie mogło więc być inaczej gdy Zwierzaki pocieszaki w Warszawie zagościły….

Plan był taki: jedziemy WSZYSCY (mali i duzi) na wspólny, rodzinny wyjazd do stolicy, której dzieci nigdy jeszcze nie widziały a ja z tatusiem już nie pamiętam jak wygląda na żywo (od ostatniej wizyty minęło przynajmniej 15 lat…). Ponadto, w podróży miała towarzyszyć nam Kasia, więc zapowiadała się świetna zabawa i fantastyczna podróż. Niestety…choroba małego Szymusia oraz nasze chorobowo – organizacyjne sprawy sprawiły, że w rezultacie musiałam sama stawić czoło podróżniczemu wyzwaniu, a z uwagi na to, że moja orientacja w terenie, z reguły nie chce współpracować to wiedziałam, że bez przygód się nie obędzie…

Piątek, 09.01.2015. Bardzo?…NIE ! … ZA BARDZO (!) wczesna pobudka, ogarnięcie dzieci, przywitanie i krótka wymiana organizacyjnych zdań z dziadkami, kilka słów przestrogi dla tatusia i byłam w drodze na dworzec. Autobus do Krakowa wyruszył o godzinie 7:30. Podróż… prawie bezbolesna, gdyby nie to 45 minutowe opóźnienie, to byłoby wręcz idealnie! A tak, miałam znacznie skrócony czas oczekiwania na pociąg, więc darowałam sobie spacerki po galerii, nie było sensu ryzykować… 😀 Podróż do Warszawy minęła błyskawicznie i już przed godziną 15 byłam na dworcu centralnym…

Przemilczę zupełnie fakt:
1. ogólnego przemoknięcia z uwagi na… niekomfortowe (aby nie użyć słów, które przychodziły mi na myśl na przystanku) warunki atmosferyczne,
2. totalnej niewiedzy warszawiaków, którzy jak się okazuje, WSZYSCY nie są stąd i nie mają pojęcia na temat przydworcowych przystanków czy autobusów. Najbardziej zastanowiła mnie Pani, która na moje pytanie odpowiedziała “I don’t speak English!”…hmmm… może byłam już tak zdesperowana, że pytałam wszystkich w dwóch językach, nie rejestrując tego faktu…
3. zacinającego się automatu do biletów i pana kierowcy autobusu, który oczywiście nie miał wydać reszty…

Najważniejsze było to, że w końcu znalazłam się w hotelu!

Szczerze przyznaję, że kałuże w butach (DOSŁOWNIE!) nie zachęcały do realizacji dalszych planów i marzyłam o przebraniu się i odpoczynku. Usiadłam na chwilę i wiedziałam, że MUSZĘ SIĘ WZIĄĆ W GARŚĆ! Szybko się ogarnęłam, wpakowałam mapę do torebki i ruszyłam w drogę. Moja pierwsza myśl skierowała się ku najbliższemu przystankowi ale tym razem postanowiłam podarować sobie “odrobię” spaceru…. tak dla pewności…. i ograniczenia dalszych komunikacyjnych przygód.
Wbrew pozorom, Hula Kula nie znajdowała się daleko (ok. 15-20 minut drogi, spacerkiem z hotelu). Wchodząc do środka, pomyślałam “Ufff, nareszcie!”. “Miły” Pan tuż przed wejściem na salę zabaw przerwał mój radosny samozachwyt, doniośle alarmując “Szatnia obwiązkowa!”

Gdy w końcu (!) udało mi się przekroczyć próg sali zabaw, mimo wielu przeszkód (dzieci nie próżnowały 🙂 ), udałam się wprost na pocieszakowe spotkanie! Z daleka widziałam już hasające i roześmiane maluchy, które nie dają za wygraną i zdobywają kolejne kąty sali zabaw. Pomyślałam “Hurra!!!Udało się! Zdążyłam”, po czym od razu zostałam sprowadzona na ziemię przez wychodzące właśnie uczestniczki, które oświeciły mnie, że spotkanie się WŁAŚNIE SKOŃCZYŁO!!! Buuuu 🙁 ale starałam się zauważyć pozytywy sytuacji, bo: po pierwsze dobrze, że ktoś tam jeszcze był, bo zastałam dopiero początek końca a po drugie zdążyłam na mega pyszny TORT, dzieło cukierni Sweet Home!!!

zwierzaki pocieszaki w warszawie

zwierzaki pocieszaki w Warszawie

Serdecznie dziękujemy również pozostałym sponsorom, którzy obdarzyli całe spotkanie zaufaniem i nie skąpili upominków: Realash, Nuvialab, Printu, PixBook, InFarmacja, Omegamed, Wydawnictwo OVO, Slash dot Dash, Maybe4Baby, Pif paf.

2019-04-03T14:39:55+00:00 14 stycznia 2015|